Nie po drodze

~

Główna treść

Gdzie ta Azja ?

DATA: 01.10.2013

Gdzie ta Azja ?

Granica Europy i Azji- choć tylko symboliczna, od zawsze wzbudzała wiele wątpliwości... Odwieczny spór rozwiązał w końcu rosyjski historyk Wasilij Tatiszczew, jednoznacznie wskazując na rzekę i góry Ural. Mimo to wielu geografów dalej "drąży temat". Upraszczając przyjmijmy, że jest to gdzieś na uralskich zboczach między nizinami Wschodnioeuropejską i Zachodniosyberyjską, a my mieliśmy przyjemność ją przekroczyć...

Trudne góry w środku rosyjskiego lata na objuczonym rowerze w dodatku z przyczepką. Ktoś chętny na takie atrakcje ?

 

 

Nie ma co narzekać! Widoki w pełni rekompensowały nam trudy wkładane w pokonywanie tej naturalnej międzykontynentalnej granicy. A przy tym mieliśmy naprawdę duże szczęście do ludzi. Czy byli mili? Pomocni? Gościnni? Wszystko razem ! A przede wszystkim CIEKAWI !

Co było w nich takiego nadzwyczajnego?

Zacznijmy od SPOTKANIA nr 1

Jedziemy w kierunku Iżewska. Droga ładna, pusta- tylko dla nas. Zbliża się wieczór, dookoła łąki, lasy... Nie wiele więcej potrzeba nam do szczęścia. Atmosferę błogiego relaksu burzy odgłos towarzyszący jadącemu z naprzeciwka dziwnemu wehikułowi. Na samochód za małe, na motor za wolne... rowerzysta ?

W oddali jakaś wioska, pewnie to miejscowy "żulek", goni go kundel. Znamy ten schemat, zaraz nas zatrzyma, pomarudzi, a skończy się żebraniem na flaszkę... taki urok ruskiej wsi :D

Mijamy się, włączamy "wsteczny" i już wiemy jak bardzo się myliliśmy... bohater naszej wyobraźni w rzeczywistości okazał się być podróżnikiem z Armenii, a jego "kundel" rasowym owczarkiem niemieckim. (A tak z ciekawości ilu z Was zna/znało poprawną nazwę mieszkanca tego kraju- Ormianin ?)

Artur Oganyan, człowiek który z pracy wrócił rowerem.

Nuda? Gdyby nie fakt odległości- 13 000km z Jakucji do ojczyzny.

I tak mu się spodobało, że postanowił to powtórzyć... czyli z Armeni do Jakucji i z powrotem- 35 000km ! Na jak dlugo i którędy? Sam nie wie. Cel ambitny- odwiedzić każdy rosyjski oblast, a gdzie się nie da wjechać tam pójdzie pieszo... Zima mu nie straszna, bo ma na nią sposób (przy -30C w nocy wstaje i jedzie dalej bo inaczej chłodno). Człowiek który karmi wilki i niedźwiedzie... my też nie wierzyliśmy do momentu filmu na komputerze. Potrącenie przez samochód, złamanie, strata roweru? To dla niego żadna przeszkoda ! Towarzystwa dotrzymuje mu nie mniej dzielny pies - Graf, suczka owczarka niemieckiego biegająca po 70km dziennie. Pozatym bardzo sympatyczny facet i "złota rączka". Sam przerobił rower, zbudował funkcjonalną przyczepkę- ewentualny schron dla swojego pupila. A nawet uszył rowerowe ciuchy. Szacunek !

Wspólny wieczór, rano trzeba było jechać dalej...

Góry... Ural !

"Złapcie stopa", "wsiądźcie w pociąg", "nie eksploatujcie rowerów", "nie przemęczajcie się"

Dzięki rodzice ! Potraficie zmotywować jak nikt ! Już wiedzieliśmy że "po trupach, a do celu" haha :D W Andach, Kordylierach, Himalajach czekają kilkutysięczniki, a my mamy przestraszyć się tych pagórków? 

i chodź droga miłą była...

to nas nieźle wymęczyła... (40 stopniowe upały i długie podjazdy) Kilka dni nad rzeką? W końcu to wakacje !

Połowy nie okazały się zbyt obfite... pedałowanie idzie nam lepiej niż wędkarstwo... ale rzeka przyniosła nam inne korzyści. Nowych kolegów, 2 amatorów kajakarstwa, którzy wyciągneli nas z plażowego letargu i pokazali miasto. Przypadkiem zawarliśmy kolejną znajomość- Slawa kreatywny konstruktor, stolarz, spawacz. Zapalony kitesurfer, człowiek z mnóstwem pasji i energii. Poinformował nas że mamy szczęście bo za tydzień w Kungurze (oddalonym o ok. 100km) zaczyna się międzynarodowy festiwal latających balonów. I nie wyobraża sobie żebyśmy mogli to przegapić. Do tego czasu oczywiście mamy gościć sie u niego...

Było warto ! Widok 20 balonów na niebie- robi wrażenie. Gdyby nie zły wiatr może i nam udałoby się znaleźć w jednym z nich ?

Dżus- nowy kolega z Permu, pocieszał nas w tęsknocie do naszego czworonoga... co podczas robienia zdjęcia mógł powiedzieć Cecylii ? - nie wiem do dziś...

Wracając do Kungura i festiwalu, sobie tylko znanym sposobem dostaliśmy się do miejsca tylko dla załóg. A tam jak wszędzie integracja i zabawa :D W efekcie znaleźliśmy się na bankiecie dla pilotów. Tańce, śpiewy i przystawki, może nie wszyscy byli na galowo, ale spodenki kolarskie, kilkudniowe T-shirty i "polowanie na jedzenie" wyróżniały nas z towarzystwa. 

Dzięki jednej z ekip znaleźliśmy też fajne miejsce na nasz namiot. Dobrze wyposażone i ciekawie usytuowane (obok pięknej jaskini) pole namiotowe. Niestety płatne (jak w większości przypadków nas takie zasady nie obowiązują :D )

Rano plan był taki, dzięki uprzejmości przyszłego pilota Boeinga, który zoobowiązał się pilnować naszego dobytku, idziemy zwiedzać jaskinie. Mijając grupe motocyklistów usłyszeliśmy 2 polskie głosy... Marta i Bartek, www.byledalej.com , autorzy książki "w 888 dni dookoła świata". Krótka wymiana zdań zamieniła się w dłuższy dialog. Tematy nam się nie kończyły, a oni dostali informację, że 30km dalej jest jaskinia warta większej uwagi i bezpłatna... Im droga tam zajeła pół godziny, nam ponad 3...

W rezultacie podjęli próbę przekonania nas co do wyższości motorów nad rowerami. Nie posłuchaliśmy, przynajmniej nie tym razem... :)

Podwodna jaskinia w Ordzie okazała się być najgłębszą w całej Rosji, na dole temperatura oscylowała w okolicach 0 C. Z miejsca w którym rozstawiliśmy namioty rozpościerał się niesamowity widok na okoliczne jezioro. A wieczór spędziliśmy wysłuchując historii człowieka żyjącego na dalekiej północy Rosji, (w zimie dni trwajace po 4 godziny przy temperaturze -50 C i inne ciekawe :D ).

Co w uralskiej trawie piszczy... czyli nowa koleżanka znaleziona na bucie Cecylii.

Wszędzie super i chciałoby sie zostać na dłużej, ale niestety ogranicza nas wróg numer 1... w trakcie całej podróży czyli wiza.

Przekroczenie Uralu kosztowało nas trochę wysiłu, ale za to jaka satysfakcja. Pierwsze w życiu lądowe przekroczenie granic kontynentów i to wszystko siłą własnych mięśni... Słyszeliśmy o symbolicznym znaku, dzielącym kontynenty. Wydawało nam się że powinien być już dawno... Zadawalismy sobie pytanie "Gdzie ta Azja?".

I w końcu JESTEŚMY W AZJI !

Na miejscu wielka komercja, czyli śluby w tempie ekspresowym, a dla nas kabaret. Tłumy z plastikowymi kieliszkami wypełnionymi winem musującym, goniące za parą młodą. Taki "spektakl" co 15min. Do tego 1 wartujący pod znakiem ksiądz i kilku fotografów, a w tle ruchliwa ulica- romantycznie, kameralnie... jednym slowem polecamy :D

 

JEDZIEMY DALEJ !