Nie po drodze

~

Główna treść

Pamiętnik z wakacji- Litwa, Łotwa

DATA: 09.07.2013

Pamiętnik z wakacji- Litwa, Łotwa

Niezależnie od dystansu, czasu trwania czy oczekiwań przed każdą podróżą przychodzi moment „jeżdżenia palcem po mapie”…

Warunki klimatyczne, sytuacje polityczne i formalności wizowe, to głównie one konfrontują nas z koniecznością podjęcia wielu decyzji jeszcze przed wyjazdem.  Dylemat wyboru trasy można pozostawić GPS-owi, można też wykorzystać sprawdzony pomysł naszych poprzedników… 

Warto jednak pamiętać że w dużej mierze to właśnie linia łącząca interesujące nas punkty, nadaje naszej podróży „kształt” i charakter… 

W naszym przypadku zanim dotrzemy na upragnioną wyspę Bantayan to właśnie na szlaku tam wiodącym spędzimy... dni, tygodnie, miesiące. I choć przy wyborze drogi na Filipiny większych wątpliwości nie mieliśmy to „dojazd” do Rosji pozostawał kwestią otwartą do ostatnich dni…

W pierwszej kolejności wyeliminowaliśmy Białoruś… Kolejne wizy, pieniądze i utrudnienia z tym związane... Wierzymy że warto, ale nie tym razem.

Potem pojawił się pomysł przejazdu przez Trójmiasto, a stamtąd na Ukrainę jakoś... "NIEPODRODZE" :)

Szybka burza mózgów, spontanicznie, chaotycznie czyli tak lubimy i padło na Litwę i Łotwę...

 

Nadal jesteśmy dziećmi...

Dzień w którym opuszczaliśmy Polskę pokazał, że z pewnych rzeczy się nie wyrasta… Mimo wieku w chwili przekraczania granicy czujemy znane z dzieciństwa podekscytowanie...

"Zamienił stryjek siekierkę na kijek"

Za 50zł dostaliśmy 40litów... czyli szalejemy ;)

Następny etap to przełączenie się na tryb obcojęzyczny, a pierwsze chwile na Litwie pokazały, że po angielsku będzie raczej ciężko...

Już pierwszego dnia trafiliśmy do „Maxima”- czyli odpowiednika polskiej Biedronki, a przy okazji poznaliśmy nowego kolegę. W konsekwencji dostaliśmy miejsce pod namiot i darmowe korepetycje z rosyjskiego... temat "wyprawa samochodowa do Kazachstanu".

Litwa czyli przystosowanie do Rosji

Ludzi mało, miasta rzadko i wszędzie las. Po polskich realiach i sklepach co kilka kilometrów już Litwa wydawała nam się "niewygodna"... przynajmniej w Rosji nie doznamy szoku ;)

"Poliglota z Wilna"

Szkoda nam było przemknąć się przez Wilno w nocy, więc rozbiliśmy się na przedmieściach w ogrodzie u Vistaustasa. Jego angielski był dla nas aż za płynny... rosyjski nie gorszy, ojczysty litewski no i polski całkiem, całkiem...

Okazało się że jest menagerem firmy Scanbalt (produkującej naczepy do ciężarówek) rozpalił ognisko, wysłuchał naszych planów, po czym wręczył nam plik wizytówek swoich znajomych z Rosji. A na kolację dostaliśmy- tace marzeń, miska kaszki mannej, miód, dżemy, a do tego dzbanek miętowej herbaty. Czy można chcieć czegoś więcej?

Przy pożegnaniu dostaliśmy stworzoną w nocy… specjalnie na nasze potrzeby szczegółową trasę na całą Rosję!

Zastanawialiśmy się w ilu językach powinniśmy podziękować?  Ale wdzięczności za takie zaangażowanie, nie wyrażą chyba żadne słowa...

 

U byłych zakonników...

Wilno przywitało nas deszczem, na co my zareagowaliśmy strajkiem "na przeczekanie"... ale ile można koczować w McDonaldzie?

W końcu zaczęliśmy realizować przyspieszony plan zwiedzania… Po południu kolejna dawka Wilna, tym razem z Mariusem, który z pomocnego przechodnia stał się naszym przewodnikiem i gospodarzem.

Wieczorem w starej kamienicy w samym centrum miasta, jemy świeże francuskie ciastka, popijając aromatyczną ziołową herbatą... wszystko za sprawą Mariusa, jego współlokatora Łotysza i ich umiejętności, które nabyli podczas kilkuletniej przygody w… zakonie.

Polak na lewo, Polak na prawo

Przy wyjeździe z Wilna, zaczepia nas miła, starsza Pani. Jest szczęśliwa że może porozmawiać po polsku, choć wolałaby po francusku… obraża się, bo nie widzieliśmy jakiegoś zamku na okolicznej wyspie...

Do polskiej rozmowy, dołącza kolejny przypadkowy człowiek. Tym razem były żołnierz z Braniewa. Chwali się bratem biegającym po 100km, przy okazji ostrzega nas przed Rosją, w której budują "latające czołgi”

Łotwa- krajobraz księżycowy

Nie jesteśmy wybredni, ale przygraniczna droga bardziej niż na rower, nadawała się na quada :) 

Z wizytą u Zygfrydy i Siergieja

Dyneburg już od wjazdu, był jakiś specyficzny. Trudno go określić...  jak na drugie co do wielkości miasto na Łotwie, spodziewaliśmy się czegoś więcej... między sobą, dość potocznie stwierdziliśmy że "szału nie ma, dupy nie urywa" :)

Za to mieliśmy szczęście poznać tam bardzo sympatyczną i ciekawą starszą parę. Szukając miejsca na nocleg zapukaliśmy w największe blaszane ogrodzenie w okolicy. Chwile później byliśmy już w środku...

Z kuchni pełnej dymu usłyszeliśmy głośne dzień dobry! Okazało się że babcia Pani Zygfrydy była Polką, a wnuczka jest pół Filipinką i mieszka w Chicago. Wieczorem dowiedzieliśmy się że nasza gospodyni tańczy i śpiewa austriackie góralskie pieśni i wraz z chórem występuje na festiwalach… Rano zaimponował nam widok 70-kilkuletniej pary w dresach udającej się na poranny jogging…

„Chatka puchatka”

Bliżej granicy rosyjskiej, bycie gościem nie było już tak łatwe… dostaliśmy warunek „musicie poznać prawdziwe życie na Łotwie”. Choć Lukas za bardzo nie ukrywał na czym ma to polegać, a tego dnia dużo bardziej interesował nas finał Ligi Mistrzów… z Panem domu się nie dyskutuje.

Stół pełen słodyczy własnej produkcji, które musieliśmy popijać piwem… Najgorsze miało dopiero nadejść...

Nocny wyjazd z jego kolegami. Coś co dla nich było przyjemnością, dla nas wydawało się być koszmarem. Po 15min krążenia po lesie, znaleźliśmy się w samym jego centrum- w chatce u Wani. Chociaż ciągle powtarzali „wsjo budjet haraszo” , my mieliśmy swoją wersję „wywieźli nas, rzeczy ukradną, a Cecylię zgwałcą”.

W rzeczywistości musieliśmy spróbować różnych mikstur… wywaru z grzybów, soku z brzozy i śmierdzącej wody ze studni. Trochę się pouśmiechać i niepostrzeżenie powylewać wódkę na boki. Wania potrafił nawet kilka słów po Polsku „Jeszcze Polska nie zginęła, póki wódka płynie”. Choć nasi nowi znajomi, nie okazali się naszymi bratnimi duszami, przynajmniej się nie nudziliśmy :)

 

Wszystkie zasłyszane przed wyjazdem opinie o niechęci Litwinów do Polaków, okazały się absolutną pomyłką. Pewnie mieliśmy trochę szczęścia, ale ich gościnność i chęć bezinteresownej pomocy, zostanie w naszej pamięci na długo. W razie problemów z komunikacją, zawsze można spróbować po Polsku... Generalnie bardzo ładny i czysty kraj, warty odwiedzenia nie tylko na rowerze...

Łotwa również przypadła nam do gustu, ciekawym doświadczeniem były płatności za zakupy, ceny wydają się pozornie małe (1 Łat to ponad 6zł!), a w rzeczywistości jest znacznie drożej niż u nas. Fatalne drogi wynagradza, niewielki ruch i wszechobecny spokój. Kraj który bezwątpienia polecić można wszystkim entuzjastom lasów, jezior i wędkarstwa!

Pozdrawiamy i żegnamy bo... jedziemy dalej!