Nie po drodze

~

Główna treść

Pamiętnik z wakacji- Polska

DATA: 26.06.2013

Pamiętnik z wakacji- Polska

Podwójny start, kot huligan, jak zabłądzić koło domu i my- celebryci. 720km po Kujawach, Pomorzu, Mazurach i Podlasiu…

Pierwsza przebita dętka, podejrzany kolarz i Pani która lubi naprawdę dużo mówić... czyli słów kilka o naszych przygodach na terenie Rzeczypospolitej.

 

"Na początku był chaos..."

Choć przygotowania były długie i pracowite (jak nigdy).

10 maja był wariacką walką z czasem, a wszystko udało nam się domknąć dopiero w ostatniej chwili (czyli jak zawsze).

 

Dzień rozpoczęliśmy bardzo sympatyczną wizytą w Starostwie, gdzie wszyscy z zainteresowaniem wysłuchali naszych planów. Dostaliśmy wiele praktycznych rad oraz prezent… kamerkę, którą możemy rejestrować nasze przygody.

Zaraz po spotkaniu udaliśmy się do Wijmaru, odebrać nasze wyprawowe koszulki.

Resztę do południa finalizowaliśmy zaczęty prawie tydzień wcześniej proces pakowania… Ledwo udało nam się wszystko wrzucić na rowery, a już czekało na nas oficjalne pożegnanie i start zarazem.

 

Rodzina, znajomi, media, trochę zamieszania, mnóstwo emocji i nawet nie spostrzegliśmy, kiedy wyjechaliśmy.

Pierwszy przystanek niedaleko, bo kilometr dalej... już na drodze zakup nowego kasku- zupełnie w moim stylu :)

 

Kawałek za Bydgoszczą złapał nas deszcz, który tego dnia już nie odpuścił... byliśmy tak podekscytowani że nie robiło nam wielkiej różnicy czy jedziemy czy płyniemy…

Pierwszy nocleg nie dał nam okazji do przetestowania namiotu, mogliśmy za to wysuszyć przemoczone rzeczy. Spaliśmy w Samociążku koło Koronowa u wujka Cecylii, miły wieczór z filmem „Uprowadzona” w tle, „pozytywnie” nastrajał przed dalszą częścią podróży…

 

Nie musieliśmy długo czekać by z internetowych komentarzy na nasz temat dowiedzieć się że:

nigdzie nie dojedziemy, mamy beznadziejne rowery, że pomysł niemądry i ogólnie wszystko bez sensu...

Dalej było już tylko ciekawiej, nasi "fani" żądali wyciągów z kont, nie mogąc zdzierżyć że nas młodych z Inowrocławia na coś takiego stać.

W mieście w którym funkcjonują raptem 2-3 serwisy jednośladów, nagle zaroiło się od rowerowych znawców i ekspertów.

Początkowo nas to bawiło, ostatecznie się jednak zreflektowaliśmy. Jeżeli istnieją ludzie, którzy w piątkowy wieczór nie mają nic lepszego do roboty, niż wszystko krytycznie analizować to śmiać się z ich losu po prostu nie wypada...

 

Początki są najgorsze...

Znalezienie miejsca pod namiot, pierwszy raz po długiej przerwie wcale nie jest łatwe… przynajmniej my wyszliśmy z wprawy.

Od drzwi do drzwi i albo robiliśmy to jakoś nieporadnie, albo byliśmy złym miejscu, o złym czasie.

Ostatecznie trafiliśmy całkiem szczęśliwie, gratisowy nocleg pod wiatą... na polu namiotowym.

Przypomnieliśmy sobie jak to jest spać gdy "dachem" nad głową, jest tylko cienkie poszycie namiotu...

Zbyt wyostrzone zmysły, środek nocy i niepokojące odgłosy... niezły mix.

Pierwsza myśl "ktoś kradnie rowery- właśnie piłuje wiązanie" konsternacja, adrenalina… akcja, reakcja i wyskakuje z nożem, bronić dobytku na... wylizującego nasze garnki… zszokowanego kota.

 

Nad morze zygzakiem

Choć trasę do Gdańska znamy na pamięć... chwila rozkojarzenia kosztowała nas nadrabianie 20 kilometrów.

Strach pomyśleć co będzie dalej, skoro z głupoty błądzimy kawałek od domu i już "kosztuje" nas to 10% dotychczasowej drogi...

Pierwszy cel osiągnięty, jesteśmy w Trójmieście. Rowery garażują na balkonie, my instalujemy się na podłodze, a cała akcja ma miejsce na VII piętrze w Sopocie... czyli u Pauliny w gościach :D

 

Telewizja, gazety, wywiady- taka sytuacja...

Spóźniamy się na umówione spotkanie z... tvn24. Tyle razy podkreślali żebyśmy byli sobą i niczym się nie stresowali, jeszcze ta winda i korki na drodze… nie jest źle... spóźnienie było małe, a oni to… przewidzieli (zupełnie jakbyśmy znali nas od dawna :) ). Było całkiem fajnie, choć pierwsze wejście na żywo nas trochę sparaliżowało.

Po niespełna 300km... startujemy po raz drugi, tym razem spod uczelni.

Znów jakieś media... jeszcze nigdzie nie dojechaliśmy, a tyle szumu... będzie presja :D


Kilka słów od władz uczelni, kilka od nas i… znów markujemy start, by móc nacieszyć się jeszcze pożegnalnym obiadem z rodzicami.

Po drodze, wizyta w Empiku i… kupujemy mapy- lepiej późno niż wcale :)

Kierunek Elbląg. Nocleg znajdujemy w jakiejś wiosce zabitej dechami, a konkretnie w ogrodzie u Sołtysa. Szkoda że nie skonsultował tego ze swoim… bocianem. Chcemy wierzyć, że wielokrotne wydalanie na nasz namiot i sprzęt, nie było wynikiem braku sympatii… no bo czemu miałby nas nie lubić?

 

Dzień piąty- "mini zoo"

Jedziemy, jedziemy i… jedziemy.

Znów najwięcej działo się wieczorem. Przypadkiem trafiamy do wioski Reszel, a tam przemili Państwo z domem pełnym zwierząt... bokser, kotka syjamska, a obok domu konie.

Jesteśmy w swoim żywiole, podobnie jak komary czyli sezon na wampiry rozpoczęty. Pierwsze oryginalne miejsce noclegowe- w chlewiku na strychu...

Mazury!

Czyli bociany, w krainie jezior…

A tam miły Pan, miłośnik rowerów (ponoć na jednym przejechał 160 000km) i amatorski fotograf, który tak bardzo zaangażował się w poszukiwanie dla nas „bezpiecznego” miejsca na namiot, że aż... nie skorzystaliśmy. Pewnie nie słusznie i nigdy się tego nie dowiemy, ale prześladowała nas dziwna intuicja...

W rezultacie, na środku pola, otoczonego lasami zastała nas ciemność... choć wymagało to dużego wysiłku, jakoś wybrnęliśmy z scenerii tego horroru :D Skończyło się na niedrogim, ale jednak płatnym noclegu.

Nieszczęścia chodzą parami…

Gorące popołudnie, postanowiliśmy urozmaicić sobie przerwą na lody… Z tego przystanku na drogę już nie wyjechaliśmy... Pierwsza przebita dętka i trochę się wszystko przedłużyło, a na dodatek opona również postanowiła zastrajkować…

Każda zła passa, musi się kiedyś skończyć…

Wieczorem trafiamy na naprawdę miłą rodzinę, pyszny poczęstunek i to od razu w zestawie… kolacja i śniadanie. W zamian mimo chłodu i zmęczenia, potowarzyszyliśmy Pani która lubiła naprawdę dużo mówić…

Suwałki, czyli ostatnie chwile w Polsce...

A tam misja... wizyta na poczcie, odbiór rowerowej ładowarki i poszukiwanie elektryka, który podejmie się jej instalacji. Łańcuchy, które zaczęły "piszczeć", przypomniały nam jeszcze o rowerowym smarze i kilku innych drobiazgach. I w końcu… mieliśmy już chyba wszystko.

Do granicy nie działo się już nic spektakularnego, z ciekawostek wszystkie większe markety w północno-wschodniej Polsce okupowane są przez Litwinów… A my po wizytach w ich sklepach i zapłaceniu kilku rachunków, wcale się temu nie dziwimy.

Podsumowując zobaczyliśmy niemały kawałek Polski, nikt nas nie napadł, nie okradł, nie byliśmy świadkiem żadnego wypadku. Być może ludzie przyzwyczajeni do internetowych sensacji już ziewają albo w ogóle nie dotrwali, ale dla nas było to piękne 10 dni podczas których mieliśmy okazję jeszcze lepiej poznać nasz kraj i godnie pożegnać się z ojczyzną na długo.